niedziela, 16 października 2016

Słoneczna Italia


Kocham Włochy. Właściwie nie wiem dlaczego. Jedzenie jest ok, krajobrazy - u nas też są piękne, historia? ok, ale my też mamy swoją. Tak naprawdę nic mnie tam nie rzuca na kolana, ale w całości, uwielbiam ten kraj. Pomimo blokowisk, maniany i upałów.

"Marzenie" wmurowane w mur w Rzymie :)

Kocham Florencję z jej historią, cudowną Bazyliką, bramą do raju, Dantym i torebkami.










Wrota do Raju, Florencja
Florencja, Duomo

Uwielbiam Sienę z przepięknymi mozaikami na podłodze bazyliki, campo, na którym odbywają się słynne palio i wąskimi uliczkami ozdobionymi symbolami każdej dzielnicy.


Campo, Siena
Siena, Duomo


Zauroczyło mnie Asti, gdzie odbywa się palio konkurencyjne do tego w Senie, które ma też długa historię,  urocze uliczki.
Parada przed palio w Asti
pokaz rzucania flag przed palio

Szaleję za Pienzą, w której są uliczki pocałunków, miłości i szczęścia, uroczymi zaułkami i atmosferą Toskanii


Pienza
.

Pienza


ulica miłości, Pienza





Volterra przenosi mnie w czasy średniowieczne i kusi swoim alabastrem.

Voltera
Voltera


Zachwyca mnie Mediolan z swoją La Scalą, Duamo i rodziną Sforzów.

Mediolan, Duomo
  Obfitością miejsc, jak z innego świata poraża Rzym, kolebka naszej cywilizacji.
Rzym, most św. Anioła
Rzym, fontanna di Trevi

Colloseo
 I oczywiście Wenecja, ze swoja mgłą, kanałami, mostami i wąskimi uliczkami. Szklanymi ozdobami z Murano i smakiem ryb, które można kupić o poranku w okolicach Rialto. Atmosfera Harrego, do którego na długie godziny wpadał  Hemingway, by być może spróbować Bellini, wąskich uliczki, w których oczekują na klientów gondolierzy i tajemniczość niszczejących pałaców sprawiają, że mam ochotę tam ciągle wracać.








kawa i bellini u Harrego
plac św. Marka, Wenecja
koncert na wodzie, Wenecja

W tym kraju wina, kawy, pasty i niesamowitego nieba, czuję obecność Leonarda da Vinci, Michała Anioła, Dantego i innych geniuszy cywilizacji. Nawet Machiavelli wydaje mi się inteligentnym patriotą, a nie okrutnym manipulatorem wyznającym zasadę, że "cel uświęca środki".

niedziela, 25 września 2016

Tbilisi

Jak mówi legenda, pewnego pięknego dnia ok. 500 r. n.e. w czasie polowania król Wachtang Gorgasali postrzelił pięknego jelenia. Ranny jeleń uciekając, wpadł do źródła, z którego po chwili wyskoczył, całkiem zdrowy i uciekł do lasu. Zdziwiony król podszedł i stwierdził, że woda w źródle jest ciepła. Wierząc w uzdrawiającą moc źródła, zdecydował, że tu zbuduje stolicę swojego kraju. 
Inna legenda mówi, że myśliwi zobaczyli, jak sokół upolował bażanta, który wpadł do źródła i się ugotował. W okolicach łaźni możemy nawet spotkać pomnik sokoła i bażanta.
Tak powstało Tbilisi, którego nazwa oznacza "ciepły".
Tyle legenda. Wykopaliska dowodzą, że ludzie w okolicy Tbilisi żyli już w IV w. p.n.e.

Aktualnie miasto wzbudza bardzo mieszane uczucia. 

Jest historia, kościoły z V w.  i kilka ładnie odrestaurowanych ulic. Jest ultranowoczesny most pokoju, zbudowany przez Włochów za 40 mln Euro, który miejscowi nazywają "Always", ze względu na kształt. 
Jest rezydencja prezydenta, wielkością mogąca zaskoczyć, kolejka linowa do twierdzy i szynowa na wzgórze z lunaparkiem. 
W większości jednak ulice są w potwornym stanie, budynki trzymają się często dzięki rurom z gazem, wszędzie dookoła bylejakość i bałagan.

 Jest najstarszy kościół w Tbilisi, z początku VI w. praktycznie nie zmieniany. Największe wrażenie jednak zrobili na mnie duchowni tej cerkwi, którzy witali turystów, oprowadzali i błogosławili. Bez natarczywości, ale z miłym uśmiechem, życzliwością i takim, jakimś ciepłem. Aż miło na duszy się robiło. 

Z kościoła Metechi, zbudowanego w V w. (początkowo był tu pałac królewski) i rozbudowanego w XII w. przepięknie widać miasto i twierdzę Narikala, którą w IV w. zbudowali Persowie i nazywali Twierdzą Zawiści. 

Na wzgórzu obok twierdzy jest współczesny pomnik z metalu Matki Gruzji, która w jednym ręku trzyma miecz, w drugim kielich z winem "dla tych, którzy przybywają w dobrych zamiarach, mamy wino, tych, którzy w złych, witamy mieczem"

Można też zobaczyć całkiem współczesną wieżę zegarową koło teatru marionetek, która wygląda, jak przypadkowo sklecony domek z pudełek, niekoniecznie do siebie pasujących.

Najporządniej wygląda cerkiew św. Trójcy, zbudowana pod koniec XX w., choć na mnie robiła raczej wrażenie bezdusznej. 

Warto też wspomnieć o baniach, czyli łaźniach, które powstały w miejscu, gdzie podobno zachwycił się gorącymi źródłami Gorgasali. Różnią się one od rosyjskich bani, usytuowane są pod ziemią, a na powierzchni widać tylko dymiące kopułki. wokół roznosi się mało przyjemny zapaszek siarkowodoru, gdyż źródełka bogate są w siarkę.

W Tbilisi można tez podziwiać domy z przepięknymi balkonami, niestety większość z nich jest bardzo zaniedbana.
 
Fajnym sposobem zwiedzania jest wynajęcie miejscowego kierowcy, który wszędzie zawiezie, opowie o miejscu i pokaże niekoniecznie bardzo turystyczne miejsca. My poznaliśmy Armena (tel. +995 592 77 86 26) , którego ze spokojnym sumieniem mogę polecić, gdyby ktoś wybierał się do Gruzji. Naprawdę extra przewodnik, lekko zbzikowany na punkcie szkół ;) (zna chyba wszystkie w Tbilisi), ale bardzo życzliwy i naprawdę kochający swoje miasto Tbilisianin (jak się nazywa mieszkaniec Tbilisi???) od pokoleń, choć Ormianin.

dom z przepięknie oświetlonym balkonem
cerkiew Mecheti i pomnik Gorgasalego
pomnik Gorgasalego
Matka Gruzja
cerkiew św. Trójcy
wieża zegarowa
z duchownymi bazyliki Anczischati
chroń ziemię, to jedyna planeta z winem
banie
Tbilisi

 
okolice pałacu prezydenckiego

Tbilisi

tradycyjne domy z balkonami



most pokoju
tradycyjny dom
Tbilisi nocą

Gruzja - spojrzenie alternatywne

Gdy jakiś miesiąc temu padło hasło - jedziemy do Gruzji, nie zastanawiałam się zbyt długo i z entuzjazmem stwierdziłam EXTRA :)
Tym bardziej, że chyba po raz pierwszy jestem pasażerem i nie muszę się martwić o to, jak dojedziemy na miejsce, bo rolę kierowcy przejęła Tania, a ja sobie wygodnie przyleciałam samolotem :)
Moje oczekiwanie od Gruzji było - fantastyczne jedzenie, wspaniałe wino,  cudowni ludzie, piękna przyroda i niesamowite zabytki sprzed tysięcy lat.

Generalnie nie jest źle - przyroda rzeczywiście ładna, zwłaszcza góry Kaukazu. 

góry Swaneti


Jedzenie nie najgorsze, choć na kolana nie rzuca, ale to pewnie dlatego, że ja nie przepadam za wszelkiego rodzaju mącznymi wyrobami typu chaczapuri czy chinkali. Choć przyznać trzeba, że pierwsza kolacja w Tbilisi, w restauracji Taglaura rzeczywiście zrobiła wrażenie. 
zestaw w restauracji Taglauri, Tbilisi

Wino - hmmmm.... wszędzie podają domowe Saperavi, które bywa bardzo różnej jakości - od fantastycznego w knajpce w Mcchecie do bardzo kiepskiego w Ureki. Oczywiście butelkowane Kindzmarauli jest świetne, ale butelka kosztuje ok 40 lari, co nie jest zbyt tanio (ok. 70 PLN).

chroń ziemię, to jedyna planeta z winem :)

Zabytki rzeczywiście robią wrażenie - kościoły z V-VI w. Niestety niemal wszystkie takie same, kamienne, z bardzo skromnym wnętrzem. 

katedra Sioni, Tbilisi
Jedno jest natomiast wspaniałe w Gruzji - to ludzie. Niesamowicie życzliwi, pomocni i zaangażowani, o czym mogliśmy się przekonać, gdy przebiliśmy oponę i facet jechał 30 km, by na targu kupić na wymianę używa, bo nasza miała dziurę tak dużą, że do niczego się nie nadawała (dość trudno dostać tu oponę do BMW) i na propozycję zapłaty oburzył się "chcesz mnie obrazić???"
Potrafią się bawić przy byle okazji i cieszyć życiem.

przy katedrze w Mcchecie, tańce do akompaniamentu akordeonu
tańce podczas kolacji, Tbilisi

Pomimo tego, że większość mężczyzn wygląda tutaj, jak zbóje (naturalny typ drwala ;) ), to są oni bardzo sympatyczni (oczywiście przy każdej okazji częstują winem i proponują czaczę), kobiety natomiast zaskakują swoją urodą, pomimo dość ostrych rysów.
kelnerki w Tbilisi
 
I oczywiście nie mogłabym pominąć zwierząt na drogach - nawet na głównych trasach, po drogach pałętają się krowy, świnie i konie. Wszędzie jest pełno wychudzonych psiaków i kotów, które pięknie proszą o kawałeczek chleba, ale nie są agresywne czy namolne.